Menu

znajomi Nieznajomi

Zdjęcia ludzi spotkanych na szlaku codziennej gonitwy. Blog Piotra Żurka.

Basia - Warzelnia Soli - Słoneczniki

zur77

170831_1006_92_zhr_sm

 170831_1010_00ta_sm

Czuwaj!
Miałam się odezwać. :) Długo po spotkaniu, ale piszę, bo czemu nie? Jak coś za mną chodzi to nie odpuszczę.
Jechałam na kurs przewodniczek pod koniec sierpnia, kiedy Pan się na mnie natknął. I od razu stwierdzam, że poznałam ciekawą i przesympatyczną osobę zajmującą się czymś nietypowym. Tacy ludzie mnie motywują i inspirują. Akurat Pan nakłonił mnie swoją otwartością do spoglądania na drugich ludzi i był zupełnie inny niż wszyscy w Warszawie, których mijałam. Ludzie są zamknięci, wpatrzeni tylko w to co mają dzisiejszego dnia zrobić. Świat pędzi i ciężko jest znaleźć czas dla innych, a czasami nawet tylko ich zauważyć.
Jednak mam gdzieś w głowie cały czas zakodowane - rób inaczej niż ludzie, wbrew wszystkiemu co świat promuje. Taki trochę bunt, ale chyba pozytywny. ��
Harcerstwo mega mi w tym pomaga i daje duże pole do działania. Pewnie dlatego siedzę w nim już po pachy. ��
 
Basia - drużynowa ZHR :)
 
PS
Bardzo wspieram Pańską działalność i chciałabym pojawić się na spotkaniu w listopadzie, ale niestety trafiłam na studia daleko do Białegostoku :(
- Co robiłaś na kursie?
-
Na kursie - "Warzelni Soli" uczyłyśmy się jak wygląda instruktorka ZHR (by wiedzieć jak być solą ziemi ;) ). Czyli jakie charakterystyczne cechy ma przewodniczka, jaką podstawę prezentuje i czym zaraża innych. Na to głównie była zwrócona uwaga. Z zajęć to długo by wymieniać, bo dużo rzeczy udało się przerobić przez te kilka dni. Od powtórki z historii, przez sposoby zarządzania czasem, inne organizacje harcerskie, po metodyki harcerek i zuchów. No i poznałam mnóstwo fascynujących osób pozytywnie zakręconych i siedzących w harcerstwie na 100%, co było mega motywujące! :D
I pochwalę się, że już za 3 dni czeka mnie komisja, czyli podsumowanie mojej drogi do zdobycia stopnia przewodniczki! :) Także już blisko sukces mam nadzieję! :)
- A guzik kwiatuszek? Jak zrobiony, za co?
- O niego każdy pyta! :D To znaczek zastępu Słoneczniki, do którego należałam jako mała harcerka. Każda dziewczynka po przyjściu do zastępu dostawała taki guzik od zastępowej. To taka obrzędowość odróżniająca nas od innych zastępów, dzięki której stawałyśmy się zgranym teamem. Mimo, że już od prawie 5 lat zastęp nie istnieje, a ja już dawno przestałam być małą harcerką, to nadal go noszę i nie zamierzam go odpruwać (chyba, że będę zmieniała mundur, to tylko w celu przeszycia). ;)

Ola i Bartek - Zanieczyszczenie Światłem

zur77

171103_1848_21t171103_1849_33tt171103_1840_07t171103_1848_18at

Znamy się z liceum, byliśmy w jednej klasie; co ciekawe niewiele wtedy ze sobą rozmawialiśmy, ale jakoś tuż po maturze się pochyliliśmy ku sobie i tak zostało.
Z racji tego, że Bartek jest muzykiem, a ja fotografem i mam pewne zdolności menedżerskie, założyliśmy wspólny projekt Zanieczyszczenie Światłem. Jest to połączenie piosenek z pogranicza poezji śpiewanej i piosenki turystycznej oraz fotografii.
Co do moich fotografii-zajmuje się głównie fotografią artystyczną, w tym przyrodnicza, reporterską i analogową. Tutaj kilka linków przykładowych:
https://goo.gl/photos/AdMhE5ACby3rveMBA
https://photos.app.goo.gl/KtNO3gpDOCVykg332
https://goo.gl/photos/FxEJS4QKtV2QaxyGA
Ola

Zanieczyszczenie Światłem

https://www.facebook.com/Zanieczyszczenie-%C5%9Awiat%C5%82em-1918434838427921/

Kolekcjoner Wspomnień ver 2

zur77

171001_1850_95xxxsm171001_0948_69xxx_shsm171001_1359_40xxxsm171001_1313_68xxxsm171002_0720_94xxxsm171001_1346_56xxxsm171002_0703_86xxxsm171002_0727_71xxxsm171002_0736_48xxxsm171002_0733_15xxxsm171002_0737_50xxxsm171002_0738_80xxxsm171002_0749_18xxxsm171002_1359_43xxxsm171002_1428_62_xxxsm171002_0812_57xxxsm171002_1359_47xxxsm171002_1626_30_xxxsm171002_1631_61xxxsm171002_1635_97xxxxsm171002_1751_59_piosm171002_1739_01piosm171002_2215_16_xxxsm171002_1706_40xxxsm171003_0735_86_piosm171003_1707_12_piosm171004_0012_62_piosm171003_1732_78_piosm171004_0030_83_piotrsm171002_1654_75xxxsm171002_1624_14xxxsm171002_1651_53xxxsm171002_1734_49_pio_sm

Połapałem się że w poprzednim wpisie brak na zdjęciach tytułowego kolekcjonera oraz tego co widział podczas wędrówek - więc wersja 2 :

Beata ma pewien talent. Dar.

Potrafi bajecznie pisać - wystarczy poprosić. Poprosiłem. Widziała mnie po raz pierwszy, nic nie wiedziała o mnie. Byłem ciekaw jak wyglądam w oczach osoby która mnie nie zna, chciałem przejrzeć się w Jej umyśle. Trudne. Wspaniale dała radę. Zobaczcie sami. 

Oto Jej Opowieść:

                                                                                 Kolekcjoner wspomnień

Ilu ludzi, tyle historii. Możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale każdy ją ma - tę swoją historię. Niesie ją przez życie jak plecak, czasami hołubi, czasami wolałby porzucić gdzieś w krzakach. Czasami luzuje zapięcia i pozwala komuś innemu zerknąć do środka. Tylko zerknąć - chyba tylko duchowi ekshibicjoniści pozwalają na to, by ktoś obcy ogarnął całość: wywalają zawartość swojego plecaka na światło dzienne i dają zielone światło na grzebanie. Większość z nas posiada boczne kieszenie, do których nie pozwala zajrzeć nigdy i nikomu. I tak powinno pozostać...

Obóz ornitologiczny w Myscowej okazał się dla mnie miejscem pełnym niespodzianek. Spędziłam kilka dni w atmosferze przesyconej doznaniami z pogranicza jawy i snu. Ogrom nowej wiedzy, zalew informacji, kalejdoskop osobowości, z których każda okazywała się niezwykle wyrazista i ciekawa - na swój sposób. Wystarczyło siedzieć i chłonąć, dać ponieść się fali. Mam wrażenie, że przez większość czasu siedziałam z szeroko otwartymi oczami, zadziwiona i zasłuchana. Chyba tylko pierwszego dnia usiłowałam dodać do ogólnej dysputy coś od siebie - ale bardzo szybko zorientowałam się, że tak naprawdę nie mam nic ciekawego do powiedzenia... więc zamilkłam. I chyba właśnie moje milczenie, mój marazm i wycofanie przyciągnęły do mnie człowieka z aparatem.

Z początku nie zwróciłam na niego większej uwagi - nie chodził z nami na obchody i najwyraźniej nie znał się na ptakach, więc traktowałam go jako malowniczy dodatek do całości. Moje zdanie zmieniło się, kiedy pierwszy raz zwrócił w moja stronę obiektyw swojego aparatu. Nie będę owijać w bawełnę: irytował mnie. Najbardziej, kiedy usiłował robić mi po kryjomu zdjęcia "z biodra", a ja to widziałam kątem oka... Trzeba być szczególnie odpornym psychicznie, żeby pozwalać komuś na coś takiego - jest to bowiem naruszenie prywatności, wkroczenie z butami w czyjś intymny świat. Indianie wierzyli, że aparat kradnie im duszę - czy bezpodstawnie? Fotografujący zawsze zabiera z sobą coś: cząstkę świata, zatrzymaną w czasie chwilę, człowieka uchwyconego w jakimś momencie jego życia, bezradnego wobec bezdusznego "oka", które widzi wszystko i bez skrupułów obnaża... Dodatkowo źle trafił, gdyż jestem osobą skrajnie przeczuloną na punkcie własnej prywatności - zbyt wiele razy różne indywidua usiłowały w niej grzebać - brzydzę się każdą formą inwigilacji. Za każdym razem, kiedy dobiegał mnie cichy trzask opadającej migawki czułam, że najeżam się od środka, a dłonie same zaciskają się w pięści. Gdybym mogła, strzelałabym w stronę człowieka z aparatem zatrutymi kolcami, jak jeżozwierz... a mimo to pozwalałam mu. Dlaczego? Z początku tylko i wyłącznie przez grzeczność.

Kiedy się poznaje kogoś nowego i ta osoba z czasem - z różnych powodów - zaczyna nas interesować, u większości  ludzi włącza się coś jakby sensor: nadstawiamy uszu, obserwujemy, mniej lub bardziej świadomie gromadzimy informacje. W tym przypadku było podobnie: zaczęłam obserwować człowieka z aparatem. I cóż takiego zobaczyłam? Brodaty wielkolud, który je za dużo, śpi za dużo i nigdy się nie spieszy. Nie mogłam się nadziwić temu, że jest w stanie wyruszyć koło południa z wielkim plecakiem, człapiąc jak niedźwiedź. Dokąd ma zamiar dojść w takim tempie? Docierały do mnie pokątne informacje na temat tego, że ma na pieńku z tubylcami, nie do końca zadowolonymi z ukradkowych i bezczelnych zdjęć, które im robił. Zauważyłam też, że pomimo cechującego go denerwującego sposobu bycia, załoga obozu bardzo sie martwiła, kiedy nie wracał po zmroku. Wszystkich drażnił, ale mimo to był powszechnie lubiany - swoisty fenomen. Powoli wyrabiałam sobie swój własny osąd: najwyraźniej miałam do czynienia z ekscentrykiem, irytującym, ale niegroźnym. Kimś w rodzaju obozowej maskotki, za którą - w razie potrzeby - wszyscy carpaticzni stanęliby murem. Wzbudziło to moją sympatię i w duchu machnęłam ręką na uprzykrzone zdjęcia, którym nie było końca. Oto ja: siedząca w zamyśleniu, grzejąca sie przy piecu, z wielkim nożem w ręce, myjąca gary, wąchająca zupę, przy sieciach, z głupią mina, rozmemłana, zapuszczona, z niepewnym uśmiechem w kąciku ust. Nie jestem fotogeniczna, naprawdę tego nie lubię...

Pojawiały się też pytania - pytania o moją historię, o moje "boczne kieszenie". Tutaj już nie byłam taka wyrozumiała; być może moja historia jest w jakiś tam sposób interesująca, ale nie nadaje się do opowiadania przypadkowym osobom. Nie dałam się wciągnąć w tę grę, nie dałam nic od siebie. Patrzyłam na autentyczny zawód w oczach mojego rozmówcy, kiedy na prośbę opowiedzenia czegoś o sobie wzruszałam ramionami i stwierdzałam, że nie powiem mu nic. Nie chciałam rysować, lepić z plasteliny, ani śpiewać. Dozowałam informacje. Stawiałam wokół siebie mur. Było mi z tym dobrze. Zastanawiałam się, kogo on widzi we mnie: nieprzystępną femme fatale? Pannę Nikt? Pierwszą kobietę w jego życiu, która nie miała nic ciekawego do powiedzenia na temat swoich pierścionków? Jak by nie było, co by nie myślał - uznałam, że taki stan rzeczy i taka relacja miedzy nami jest jedyną, jaką jestem w stanie zaakceptować. Nadal widziałam w nim tylko sympatycznego dziwaka, ostatnia osobę, której chciałabym się zwierzać.

Przełom nastąpił któregoś z niezapomnianych wieczorów przy świecach. Pamiętam, że siedzieliśmy blisko pieca, owiani aurą totalnego wyluzowania jakie niesie z sobą picie z jednego kieliszka - swoiste kółko różańcowe, bractwo spod znaku rozpostartych skrzydeł i ja - chociaż nowa, już carpaticzna do szpiku kości. Ktoś spytał naszego człowieka z aparatem o to, czy jest rodowitym warszawiakiem, na co stwierdził, iż "od dziada pradziada". Zachęcany, rozpoczął swoja historię: o tym, co robi, jakich ludzi spotyka i o czym z nimi rozmawia. Ach, tak dobrze pamiętam każde słowo..! O chłopcu, który podczas Powstania ukrywał się w piwnicach płonącego domu, a kiedy w końcu przyszło mu wyjść na powierzchnię, pierwszą rzeczą jaką ujrzał był ognisty tunel - ulica cała w ogniu, cała w płomieniach zwielokrotnionych tysiąckrotnie w zaścielającym ją rozbitym szkle... Obraz malowany przed nami przez Piotra był tak niesamowicie sugestywny, że kiedy zamknęłam oczy zobaczyłam ten tunel rodem wprost z Hieronymusa Boscha, poczułam ten piekielny żar, zobaczyłam tego chłopca w świetle płonącej Warszawy... Co za widok..! Co za przeżycie..! Ciarki przechodzą mnie do teraz... Jest to jedna z tych wizji, które się pamięta do końca życia, które potrafią przyśnić się nad ranem... Nieoczekiwanie ogarnęła mnie fala podziwu i zawiści wobec człowieka, który posiada na własność takie wspomnienia! I ma ich zapewne wiele - tak wiele! - w swojej kartotece... Co za szczególna forma kolekcjonerstwa - oto mam przed sobą człowieka, który gromadzi ludzkie wspomnienia! Obrazy piękne, smutne, albo straszne - i może do nich sięgać w każdej chwili, czerpać z nich, kiedy chce...

Tak to właśnie było z tym człowiekiem z aparatem: w ciągu paru chwil urósł w moich oczach do rangi wybrańca bogów. Bo przecież jak niebagatelnego szczęścia potrzeba i jakiej osobowości, by móc nakłaniać ludzi do dzielenia się wspomnieniami płynącymi wprost z dna serca? Być może ze mną mu się to nie udało, być może będę tego żałować. A może i nie..? Ostatecznie jestem tu i piszę o tym... Konkluzją tej historii jest chyba to, że tak naprawdę każdy z nas ma tyle samo do pokazania, jak i do ukrycia. I dobrze, że jest ktoś, komu zależy, kto zbiera takie okruchy. Utrwala, by nie przepadły. Na swój sposób każdy z nas jest ważny, a niektóre historie powinny przetrwać, tak po prostu. Być może kiedyś, ktoś, przy jakimś innym ogniu wspomni dziewczynę słuchającą z zamkniętymi oczami opowieści brodatego faceta z aparatem, zamknie krąg. Być może tego właśnie bym sobie życzyła - aby to nie zostało zapomniane. I być może tak się właśnie stanie.

Beata Bujok

Będę się dzielił zebranymi opowieściami.

https://www.facebook.com/events/1701082519904349/permalink/1701084203237514/?notif_id=1508942964550349&notif_t=like

 

Kto ciekaw i w zasięgu zapraszam na wieczór autorski

Teatr Baza

ul Podchorążych 39

2017 11 04    o godzinie 18

 

O czym myślisz

zur77

171026_1824_90_a

- O czym myślisz gdy grasz?

- O wszystkim

- Dokładniej?

- O czym myślisz gdy robisz zdjęcia? - odbija

- O tym co widzę, jestem wzrokiem - odpowiadam bez wahania

- O tym co gram, jestem słuchem - opowiada bez wahania

Zdecydowanie Mniejszy Poziom Stresu

zur77

171026_1821_89tsm171026_1821_88tsm

 - Na co zbierasz?

- Na życie, utrzymuje się z grania

- Długo?

- Pół roku

- A wcześniej?

- Pracowałam w banku

- Rzuciłaś prace w banku by grać na ulicy?!

- Tak, na ulicy jest zdecydowanie mniejszy poziom stresu...

Kolekcjoner Wspomnień

zur77

171001_2127_92xxxt1171002_0745_46xxxt1171001_2251_06xxxt1171002_0726_53xx_t1171002_0825_04xxxt1171003_1130_33_xxxt1171003_0745_00xxxt1171004_0856_38xxx_t1171004_0856_41xxxt1171002_0724_30xxxt1171002_0705_97xxxt1171001_1512_82xxx_t1171002_1324_87xxx_t1171002_0816_64xxxt1171001_1521_93xxx_t1

 Beata ma pewien talent. Dar.

Potrafi bajecznie pisać - wystarczy poprosić. Poprosiłem. Widziała mnie po raz pierwszy, nic nie wiedziała o mnie. Byłem ciekaw jak wyglądam w oczach osoby która mnie nie zna, chciałem przejrzeć się w Jej umyśle. Trudne. Wspaniale dała radę. Zobaczcie sami. 

Oto Jej Opowieść:

                                                                                 Kolekcjoner wspomnień

Ilu ludzi, tyle historii. Możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale każdy ją ma - tę swoją historię. Niesie ją przez życie jak plecak, czasami hołubi, czasami wolałby porzucić gdzieś w krzakach. Czasami luzuje zapięcia i pozwala komuś innemu zerknąć do środka. Tylko zerknąć - chyba tylko duchowi ekshibicjoniści pozwalają na to, by ktoś obcy ogarnął całość: wywalają zawartość swojego plecaka na światło dzienne i dają zielone światło na grzebanie. Większość z nas posiada boczne kieszenie, do których nie pozwala zajrzeć nigdy i nikomu. I tak powinno pozostać...

Obóz ornitologiczny w Myscowej okazał się dla mnie miejscem pełnym niespodzianek. Spędziłam kilka dni w atmosferze przesyconej doznaniami z pogranicza jawy i snu. Ogrom nowej wiedzy, zalew informacji, kalejdoskop osobowości, z których każda okazywała się niezwykle wyrazista i ciekawa - na swój sposób. Wystarczyło siedzieć i chłonąć, dać ponieść się fali. Mam wrażenie, że przez większość czasu siedziałam z szeroko otwartymi oczami, zadziwiona i zasłuchana. Chyba tylko pierwszego dnia usiłowałam dodać do ogólnej dysputy coś od siebie - ale bardzo szybko zorientowałam się, że tak naprawdę nie mam nic ciekawego do powiedzenia... więc zamilkłam. I chyba właśnie moje milczenie, mój marazm i wycofanie przyciągnęły do mnie człowieka z aparatem.

Z początku nie zwróciłam na niego większej uwagi - nie chodził z nami na obchody i najwyraźniej nie znał się na ptakach, więc traktowałam go jako malowniczy dodatek do całości. Moje zdanie zmieniło się, kiedy pierwszy raz zwrócił w moja stronę obiektyw swojego aparatu. Nie będę owijać w bawełnę: irytował mnie. Najbardziej, kiedy usiłował robić mi po kryjomu zdjęcia "z biodra", a ja to widziałam kątem oka... Trzeba być szczególnie odpornym psychicznie, żeby pozwalać komuś na coś takiego - jest to bowiem naruszenie prywatności, wkroczenie z butami w czyjś intymny świat. Indianie wierzyli, że aparat kradnie im duszę - czy bezpodstawnie? Fotografujący zawsze zabiera z sobą coś: cząstkę świata, zatrzymaną w czasie chwilę, człowieka uchwyconego w jakimś momencie jego życia, bezradnego wobec bezdusznego "oka", które widzi wszystko i bez skrupułów obnaża... Dodatkowo źle trafił, gdyż jestem osobą skrajnie przeczuloną na punkcie własnej prywatności - zbyt wiele razy różne indywidua usiłowały w niej grzebać - brzydzę się każdą formą inwigilacji. Za każdym razem, kiedy dobiegał mnie cichy trzask opadającej migawki czułam, że najeżam się od środka, a dłonie same zaciskają się w pięści. Gdybym mogła, strzelałabym w stronę człowieka z aparatem zatrutymi kolcami, jak jeżozwierz... a mimo to pozwalałam mu. Dlaczego? Z początku tylko i wyłącznie przez grzeczność.

Kiedy się poznaje kogoś nowego i ta osoba z czasem - z różnych powodów - zaczyna nas interesować, u większości  ludzi włącza się coś jakby sensor: nadstawiamy uszu, obserwujemy, mniej lub bardziej świadomie gromadzimy informacje. W tym przypadku było podobnie: zaczęłam obserwować człowieka z aparatem. I cóż takiego zobaczyłam? Brodaty wielkolud, który je za dużo, śpi za dużo i nigdy się nie spieszy. Nie mogłam się nadziwić temu, że jest w stanie wyruszyć koło południa z wielkim plecakiem, człapiąc jak niedźwiedź. Dokąd ma zamiar dojść w takim tempie? Docierały do mnie pokątne informacje na temat tego, że ma na pieńku z tubylcami, nie do końca zadowolonymi z ukradkowych i bezczelnych zdjęć, które im robił. Zauważyłam też, że pomimo cechującego go denerwującego sposobu bycia, załoga obozu bardzo sie martwiła, kiedy nie wracał po zmroku. Wszystkich drażnił, ale mimo to był powszechnie lubiany - swoisty fenomen. Powoli wyrabiałam sobie swój własny osąd: najwyraźniej miałam do czynienia z ekscentrykiem, irytującym, ale niegroźnym. Kimś w rodzaju obozowej maskotki, za którą - w razie potrzeby - wszyscy carpaticzni stanęliby murem. Wzbudziło to moją sympatię i w duchu machnęłam ręką na uprzykrzone zdjęcia, którym nie było końca. Oto ja: siedząca w zamyśleniu, grzejąca sie przy piecu, z wielkim nożem w ręce, myjąca gary, wąchająca zupę, przy sieciach, z głupią mina, rozmemłana, zapuszczona, z niepewnym uśmiechem w kąciku ust. Nie jestem fotogeniczna, naprawdę tego nie lubię...

Pojawiały się też pytania - pytania o moją historię, o moje "boczne kieszenie". Tutaj już nie byłam taka wyrozumiała; być może moja historia jest w jakiś tam sposób interesująca, ale nie nadaje się do opowiadania przypadkowym osobom. Nie dałam się wciągnąć w tę grę, nie dałam nic od siebie. Patrzyłam na autentyczny zawód w oczach mojego rozmówcy, kiedy na prośbę opowiedzenia czegoś o sobie wzruszałam ramionami i stwierdzałam, że nie powiem mu nic. Nie chciałam rysować, lepić z plasteliny, ani śpiewać. Dozowałam informacje. Stawiałam wokół siebie mur. Było mi z tym dobrze. Zastanawiałam się, kogo on widzi we mnie: nieprzystępną femme fatale? Pannę Nikt? Pierwszą kobietę w jego życiu, która nie miała nic ciekawego do powiedzenia na temat swoich pierścionków? Jak by nie było, co by nie myślał - uznałam, że taki stan rzeczy i taka relacja miedzy nami jest jedyną, jaką jestem w stanie zaakceptować. Nadal widziałam w nim tylko sympatycznego dziwaka, ostatnia osobę, której chciałabym się zwierzać.

Przełom nastąpił któregoś z niezapomnianych wieczorów przy świecach. Pamiętam, że siedzieliśmy blisko pieca, owiani aurą totalnego wyluzowania jakie niesie z sobą picie z jednego kieliszka - swoiste kółko różańcowe, bractwo spod znaku rozpostartych skrzydeł i ja - chociaż nowa, już carpaticzna do szpiku kości. Ktoś spytał naszego człowieka z aparatem o to, czy jest rodowitym warszawiakiem, na co stwierdził, iż "od dziada pradziada". Zachęcany, rozpoczął swoja historię: o tym, co robi, jakich ludzi spotyka i o czym z nimi rozmawia. Ach, tak dobrze pamiętam każde słowo..! O chłopcu, który podczas Powstania ukrywał się w piwnicach płonącego domu, a kiedy w końcu przyszło mu wyjść na powierzchnię, pierwszą rzeczą jaką ujrzał był ognisty tunel - ulica cała w ogniu, cała w płomieniach zwielokrotnionych tysiąckrotnie w zaścielającym ją rozbitym szkle... Obraz malowany przed nami przez Piotra był tak niesamowicie sugestywny, że kiedy zamknęłam oczy zobaczyłam ten tunel rodem wprost z Hieronymusa Boscha, poczułam ten piekielny żar, zobaczyłam tego chłopca w świetle płonącej Warszawy... Co za widok..! Co za przeżycie..! Ciarki przechodzą mnie do teraz... Jest to jedna z tych wizji, które się pamięta do końca życia, które potrafią przyśnić się nad ranem... Nieoczekiwanie ogarnęła mnie fala podziwu i zawiści wobec człowieka, który posiada na własność takie wspomnienia! I ma ich zapewne wiele - tak wiele! - w swojej kartotece... Co za szczególna forma kolekcjonerstwa - oto mam przed sobą człowieka, który gromadzi ludzkie wspomnienia! Obrazy piękne, smutne, albo straszne - i może do nich sięgać w każdej chwili, czerpać z nich, kiedy chce...

Tak to właśnie było z tym człowiekiem z aparatem: w ciągu paru chwil urósł w moich oczach do rangi wybrańca bogów. Bo przecież jak niebagatelnego szczęścia potrzeba i jakiej osobowości, by móc nakłaniać ludzi do dzielenia się wspomnieniami płynącymi wprost z dna serca? Być może ze mną mu się to nie udało, być może będę tego żałować. A może i nie..? Ostatecznie jestem tu i piszę o tym... Konkluzją tej historii jest chyba to, że tak naprawdę każdy z nas ma tyle samo do pokazania, jak i do ukrycia. I dobrze, że jest ktoś, komu zależy, kto zbiera takie okruchy. Utrwala, by nie przepadły. Na swój sposób każdy z nas jest ważny, a niektóre historie powinny przetrwać, tak po prostu. Być może kiedyś, ktoś, przy jakimś innym ogniu wspomni dziewczynę słuchającą z zamkniętymi oczami opowieści brodatego faceta z aparatem, zamknie krąg. Być może tego właśnie bym sobie życzyła - aby to nie zostało zapomniane. I być może tak się właśnie stanie.

Beata Bujok

Będę się dzielił zebranymi opowieściami.

https://www.facebook.com/events/1701082519904349/permalink/1701084203237514/?notif_id=1508942964550349&notif_t=like

 

Kto ciekaw i w zasięgu zapraszam na wieczór autorski

Teatr Baza

ul Podchorążych 39

2017 11 04    o godzinie 18

 

Pierścionek

zur77

171022_1618_03a

- Pierścionek jest po mojej ukochanej Cioci. Dostała go na 30 rocznicę ślubu. Potem zapisała go mnie...

Dorota - Pożegnanie Koziołka - Enklawa Doroty 6

zur77

170924_1359_10fft170924_1358_99t170924_1359_06t170924_1359_13_okt170924_1426_53t170924_1411_26t

By zabić niesmak po zabitych drzewach na boisku postanowiliśmy posadzić kilka drzew w okolicy. Podczas sadzenia wypatrzyłem Dorotę - szła do kliniki dla zwierząt - poszliśmy z nią, okazało się iż idzie odwiedzić swego koziołka - zatruł się czymś .

Przyniosła mu ulubione listki i mleko, karmiliśmy go.

- Skąd masz pieniądze na leczenie?

- Nie mam, napisałam oświadczenie że zrzekam się go w zamian za koszty leczenia, te listki to na pożegnanie, widzę go po raz ostatni.

 

poprzednie wpisy o Dorocie:

http://nieznajomi.blox.pl/2017/10/Dorota-Okrazona-Osaczona-Ograbiona.html

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Enklawa-Doroty-1.html

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Enklawa-Doroty-2.html

 

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Enklawa-Doroty-3-Nocne.html

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Enklawa-Doroty-4.html

 

Wpisy o miejscu gdzie mieszka:

 

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Pajecza-Ostoja.html

 

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Domek-Muminkow.html

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Palac-Szecherezady.html

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Rosliny.html

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Pasiasty-Ostatni.html

 

 

 

 

 

;

 

 

Ala - Ostatni Bieg

zur77

171012_0757_02_t171012_0756_83t171012_0757_13t171012_0757_03t171012_0755_79t171012_0756_85at171012_0810_45t171012_0809_37t171012_1938_81t171012_1939_85a

W Szkole Ali wycięto 18 wielkich drzew - powód? Miały niebezpieczne korzenie ;) Powaga, dlatego że dzieci mogłyby się przewrócić o nie biegając. Dzieci uwielbiały po nich biegać - taki naturalny plac zabaw. Weszliśmy na boisko by Ala mogła przebiec się po nich po raz ostatni.

- Teraz jest trudniej

- Dlaczego?

- Nie mogę odbijać się od drzew.

Pokazała mi jeszcze korzeń którego  będzie jej szczególnie brakło gdyż był bardzo wygodnym krzesłem. Wieczorem w miejscu korzeni były już tylko głębokie doły

Mrówki - Zwycięstwo Nad Chaosem

zur77

171021_1230_16a171021_1738_84a171021_1230_19171021_1230_18171021_1230_15a171021_1738_83a171021_1737_82171021_1743_88171021_1738_86a

Harcerska drużyna Ali straciła magazyn i wszystkie rzeczy obozowe wylądowały w harcówce. Ponieważ nowy magazyn nie che na razie się pojawić a harcówka jest mega potrzebna na zbiórki - Mrówki ruszyły do pracy:)
- Jaki jest plan?
- Wynieść wszystko a potem wnieść z powrotem, ale tak by zostało miejsce na zbiórki:)

Około 10 osób, 6 godzin ciągłej pracy i dało się ogarnąć CHAOS :)

 

 

 

 

Słońce Wyszło - Szkoda Siedziec W Biurze - Dom Mediowy

zur77

171018_1546_97_tttsm171018_1548_06tttsm171018_1547_01tttsm171018_1549_18tttsm171018_1549_12tttsm171018_1549_20tttsm171018_1550_28tttsm

 Próbują zrobić sobie  zdjęcie razem  - ni w ząb nie idzie, galopuję w ich stronę

- O, pan nam zrobi zdjęcie:)

- Pewnie że zrobię - co robicie?

- Integrujemy się, słońce wyszło, szkoda siedzieć w biurze

- Gdzie pracujecie?

- W Domu Mediowym

- Co to jest dom Mediowy?

- Wy wytłumaczcie co to jest Dom Mediowy, pracujecie dłużej...

- Kupuje się media dla firm, czyli jak widzi pan reklamę w tv to kupił ją DOM Mediowy

 

Michał Tabor - Skarbnica Wiedzy Kolejarskiej

zur77

170916_1947_24a_sm170916_1959_41_micha_tabor_sm

Michał o kolei wie wszystko a na pewno bardzo dużo. Chętnie opowiada, dzieli się wiedzą w 3 językach  - jeśli jest potrzeba :)

- Skąd taka wiedza?

- Jestem z kolejarskiej rodziny, sprawy kolei od zawsze przewijały się w rozmowach przy stole. Nawet nazwisko mam kolejarskie - Tabor:)

- Z dziada pradziada :)?

- Tak, mój dziadek był przedwojennym  maszynistą , jeździł do samej wojny na trasie do Wolnego Miasta Gdańska. Niebezpiecznie było, na tą trasy brano tylko maszynistów co nie mieli rodzin - przed wyruszeniem podpisywali papier że jadą na własną odpowiedzialność...

Beata - Skrzydlaci - Moja Carpatica - Myscowa 2017

zur77

171002_1102_04xxx_t171002_0825_94xxxt171002_1200_34_xxxt171003_0747_41xxxt171003_0745_02xxxt171003_1452_41xxxt171003_1451_38xxxt171003_0746_22xxxt171003_1115_26xxxt171003_2354_29xxx_t171003_1729_52_xxxt171003_1728_23_xxt171004_0812_96xxx_t171003_0722_68_xxx_t171002_1324_92xxxtSM171004_0814_01xxx_t171004_0857_60xxxt_SM171003_1731_62_xxx_scht171004_0821_11cxxxt171004_0821_08xxx_t

 171004_1003_88_tt_sm

Skrzydlaci

Pamiętam, że w Myscowej przedstawiłam troszkę inną wersje mojego pojawiania się w obozie - nie z wyrachowania, ale dlatego, że chciałam zachować coś na kształt niedopowiedzenia, może małego sekretu. Prawda jest taka, że po raz pierwszy o Carpatice usłyszałam w ciepły, letni wieczór, na łące gdzieś na Starym Bielsku, z ust najpiękniejszej istoty, jaką znam. Jakiś miesiąc później był Główny Szlak Beskidzki, baza namiotowa w Głuchaczce i moja rozmowa z bazowym Mariuszem na temat tego, co można fajnego w życiu zrobić. Wspomniał o Carpatice, Baltice i Maguryczu, a żebym nie zapomniała, wszystko skrzętnie zanotował na chusteczce higienicznej. Mam ją do dziś...

Postanowiłam zacząć od Carpatici. Nie było łatwo, ze względu na to, że "jechałam na oparach" dni urlopowych do wybrania, a poza tym specyfika mojej pracy wymaga ode mnie stałego kontaktu, bycia na wezwanie. Do ostatniej godziny mój wyjazd stał pod znakiem zapytania. W sobotę o siódmej rano byłam jeszcze w pracy i nic nie wskazywało na to, że uda mi się dotrzeć do Myscowej zgodnie z grafikiem, na jaki zostałam wpisana. Jednak jakoś wszystko ogarnęłam, dosłownie w ostatniej chwili. Potem było już tylko sześć godzin jazdy, trochę błądzenia i wreszcie - mityczny obóz.

Pamiętam, że  na miejscu przywitali mnie piękni, młodzi ludzie, przyjacielscy i wyluzowani. Obóz był dokładnie taki, jak się spodziewałam i jak sobie wymarzyłam: prymitywny, ale klimatyczny, ze wszystkimi detalami życia w głuszy. Jak się jest sponiewieranym przez życie i uszkodzonym tak, że nie można sobie miejsca znaleźć, a każdy kolejny dzień uwiera i pali, Myscowa jest idealnym wyborem. Zresztą, zanim zdążyłam się wszystkiemu dobrze przyjrzeć, już wędrowałam na pierwszy w życiu obchód - i od tamtej chwili zerwał się mój kontakt z rzeczywistością, do jakiej przywykłam, uleciały posmarowane klejem myśli, wsiąknęłam bezpowrotnie w nowe klimaty.

Jeśli komuś wydaje się, że wyjęcie ptaka z sieci to proste zadanie, to grubo się myli. Pojmańcy wplątani są nieraz w koszmarny sposób: nie wiadomo za co chwycić, najgorzej wyglądają łapki, siatka wbija się pomiędzy lotki, czasami zaplatany jest język - horror..! Oprócz tego ptaki bardzo rzadko są spokojne w oczekiwaniu na ratunek: skaczą, krzyczą, a nieraz zawzięcie walczą z wybawicielem... Przez pierwsze dwa dni chyba ani razu nie udało mi się samodzielnie wyplątać żadnego ptaka. Był to dla mnie zbyt wielki stres, zbyt wielka obawa przed tym, że zamiast pomóc - okaleczę. Starzy bywalcy Carpatici twierdzili, że za bardzo się "pieszczę" i było w tym dużo racji. Kiedy zrozumiałam, że liczy się czas, że nieszczęśnik, którego usiłuję wydostawać pazurek po pazurku może umrzeć mi w rękach, przełamałam się i zaczęło mi iść trochę lepiej.

Carpatica to przede wszystkim codzienny rytuał: obchody co godzinę, przy bardzo brzydkiej pogodzie częściej. Wraca się z ptakami do obozu, obrączkuje, mierzy, waży, zapisuje i zaraz trzeba ruszać na kolejny obchód. Czas leci absurdalnie szybko, dni mijają prawie jak sen. Nie ma czasu na myślenie, co było dla mnie kluczowe, jeśli chodzi o samopoczucie. Wieczory - długie i intensywne, w ciepłym blasku świec i w cieple nieocenionego "feniksa", żeliwnego pieca na drewno. A potem ten moment, w którym wszyscy zaczynają mówić głośno... i trzeba zmyć się po angielsku, jeżeli ma się w planach pierwszy poranny obchód następnego dnia. Największym zaskoczeniem było dla mnie to, że jestem "malutka" wobec wszystkich zgromadzonych wokół mnie osób. W swoim środowisku uchodzę za mądralę, wydawało mi sie także, że posiadam przyrodniczą wiedzę wyniesioną z młodości spędzonej na wsi, a tymczasem... mój brak kompetencji po prostu powalał. Czułam niemijające speszenie i zakłopotanie wobec ludzi żonglujących łaciną i obyczajami zwierząt z taką łatwością i tak naturalnie, jakby wyssali to z mlekiem matki. Zaskakująca była także wszechstronność carpaticzan, szeroka wiedza, lotność umysłów. Spodziewałam się chyba wąskiego zakresu zainteresowań, jakiejś specjalizacji, możliwie najbliższej ornitologii. Tymczasem jednego dnia słuchałam o Powstaniu Warszawskim, drugiego wykładu na temat mykologii, kolejnego zaś uczestniczyłam w sekcji zwłok żmii - cuda wianki, kolokwialnie mówiąc.

Co do reszty moich uczuć i doznań związanych z Carpaticą, to były one skrajnie ambiwalentne. Szłam na obchód, znajdywałam, dajmy na to, kosa zaplątanego w sieć. Wyplątywałam go piórko po piórku z uczuciem ekstazy - przecież uwalniałam, spieszyłam na ratunek, ratowałam mu życie! To niesamowite uczucie, kiedy komuś, lub czemuś ratuje się życie: radość, euforia, poczucie robienia czegoś niezwykłego i ważnego (czy to właśnie czują strażacy, ratownicy medyczni?). Ale potem przychodzi refleksja, że przecież kos znalazł się w sieci przez nas, więc..? Jestem wybawicielem, czy ciemiężcą? Usiłowałam sobie za wszelką cenę wmawiać, że ludzie dużo mądrzejsi ode mnie wymyślili tę akcję, że służy ona czemuś dobremu, a jej skutki będą dalekosiężne. Jednak z punktu widzenia kosa nadal byłam tylko stworem niosącym przerażenie i ból. Nie mam zamiaru wdawać się w dysputy na temat moralności nauki, bądź jej braku - po prostu czułam i chyba zawsze będę czuć splątanie wobec takich sytuacji.

Bardzo głęboko przeżywałam każdorazowy kontakt z pojmanymi ptakami. Ich skrajnie różne reakcje na zaistniałą sytuację: niektóre miotają się i walczą, tak jak sikorki modraszki, które swoimi słodkim i delikatnymi dziobkami potrafią zadać nieadekwatny do ich wyglądu ból ("gdyby modraszki były wielkości kotów, polowałyby na ludzi" - słowa mojego carpaticznego mentora Mariana), inne - i to jest najbardziej przerażające - wiotczeją i staja się bezwolne, jakby miały zamiar niepostrzeżenie uciec na drugą stronę wprost z moich niecierpliwych palców... Zimne łapki, ciepłe łapki, bicie skrzydłami, krzyki, albo zatrważająca cisza... i to ich  puste spojrzenie, kiedy spoglądają na mnie z góry poprzez oka sieci, ich totalna bezbronność, bezradność... Serce pęka. Najbardziej zapamiętałam kosa właśnie: wyciągnęłam po niego ręce i poczułam jak cały wewnętrznie i głęboko drży, łypiąc przejmująco czarnym jak węgiel okiem. Miałam wrażenie, ze słyszę z daleka strwożone bicie jego serca, wzruszenie ścisnęło mnie za gardło. Czy byłam kimś w rodzaju idącej po niego śmierci, czy miał nadzieję na ocalenie? Czy naprawdę musimy..?

Z najbardziej pamiętnych spotkań wybrałabym schwytanie samicy krogulca: była przejmująco piękna, a poza tym zachowywała sie w objęciach obrączkarza wyjątkowo dystyngowanie. Śledziła każdy nasz ruch ze spokojem, obojętnym zainteresowaniem i czymś na kształt wyższości. Najbardziej niesamowite było to, ze ona się nas n i e  b a ł a, pomimo niekomfortowej sytuacji, w jakiej się znalazła. Wyjątkowy, zjawiskowy ptak, zapamiętam do końca życia jej świdrujące spojrzenie, kiedy na chwilę skupiła wzrok na mojej twarzy. Kto odgadnie, co się dzieje w ich głowach? Nigdy nie uwierzę, że są to jedynie instynkty niepoparte żadną myślą. Drugim niezwykle przyjemnym momentem było pojmanie całego stadka raniuszków. Kto choć raz widział te ptaszki zrozumie, że mogłam się w nich bez pamięci i dozgonnie zakochać od pierwszego wejrzenia. Przesłodkie maskoteczki, ptaszki-zabaweczki, no słodziaki po prostu! Są tak przyjacielskie i głęboko ze sobą związane, że przez cały wieczór "gadały" do siebie z worków (po trzy sztuki w jednym, nocowały pod sufitem w ogrzewanym namiocie, ponieważ w nocy bardzo słabo widzą, a wpadły na ostatnim obchodzie). Wypuściliśmy je rano, otwierając równocześnie worki - tak aby mogły odfrunąć całym stadkiem, białe kuleczki miękkiego puchu, rozczulające i słodkie, wprost w przymglone beskidzkie niebo...

Co jeszcze mogę na koniec powiedzieć? Myślę, że Carpaticę nie tworzy Myscowa, Wisłoka, niezapomniane krajobrazy. Nie tworzą jej nawet - wbrew pozorom - sieci i ptaki. Carpaticę tworzą ludzie: zaangażowani w to co robią, oddani temu. Opowiadający o rakach, żabach i owadach, czasami hałaśliwi, grający na bębnach, śpiewający o dziewczynach z Albatrosa, produkujący nalewki z berberysu. Całujący pojmanego ptaka w czoło, tuż po wyzwoleniu go z sieci, szepczący do niego czule. Chowający pod koszulę i ogrzewający własnym ciałem te słabsze... Ludzie z entuzjazmem rozprawiający o rzadkich gatunkach, podniecający sie sóweczką. To oni tworzą Carpatice i obóz. Ptaki latają, my tego nie potrafimy, a jednak niektórzy z nas są równie skrzydlaci...

Życzę nam wszystkim, ptakom i skrzydlatym ludziom aby pochłonął nas błękit... i do zobaczenia za rok!

 

https://www.facebook.com/Akcja-Carpatica-106770812704015/

 

Ala - Wszystkie Zabite - Drzewa Na Boisku 3

zur77

171011_0755_41171011_0808_21_tt171011_0807_15tt171011_0808_24_tt171011_0817_01ttt171011_0813_67_ttt171011_0814_75_ttt171011_0811_53_ttt171011_0818_03_ttt171011_0819_13_ttt171011_0820_17ttt171011_0824_41ttt

 

- Dawniej jak wyglądałam na lekcji przez okno to widziałam potężne i piękne drzewa, lubiłam na nie patrzeć - teraz leżą wszystkie zabite. To nie jest moje boisko, moje boisko wygląda inaczej, ma drzewa i cień, to jest wstrętne, nigdy więcej nie chcę tu wychodzić na przerwę. Wszystkie drzewa które polubię ktoś zabija.

-------------------

Drzewa usunięto ponieważ :

" Uzasadnienie dla realizacji projektu

W bezpośrednim sąsiedztwie placu zabaw i trawiastego boiska do gry w piłkę nożną rośnie 18 topoli, które zaśmiecają okolicę puchem nasiennym oraz stanowią źródło alergenów. Ich system korzeniowy wystaje ponad powierzchnię gleby stanowiąc zagrożenie dla biegających wokół nich dzieci."

Tylko tyle, wystające korzenie i drzewa do piachu. Dzieci kochały biegać po tych korzeniach, co za kompletne niezrozumienie potrzeb dzieci. Latem w cieniu drzew odbywały się lekcje, teraz będzie patelnia. Okoliczni mieszkańcy są zdruzgotani barbarzyństwem wycinki, klną wulgarnie i uważają iż ktoś powinien za to beknąć. Mówią że całe życie spacerowali przy tych drzewach i patrzyli jak rosną, wpierw jako dzieci chodzące do tej szkoły a teraz jako dorośli. Mówią że to zbrodnia.

-------------

To kolejna taka strata dla Ali, wcześniej w przedszkolu też straciła ukochane drzewo

http://nieznajomi.blox.pl/2015/10/Ala-Epitafium-dla-Drzewca.html

Cieszmy się drzewami, tak szybko są zabijane.

Ala - Drzewce - Drzewa Na Boisku 2

zur77

170623_1249_16_bbbt_sm_170623_1249_19_bbbt_sm170623_1247_07t_bbb_sm

- Niektóre z drzew to Drzewce - mają oczy i usta - Twarze, bawimy się u ich stóp w chowanego - są na tyle duże że zapewniają dobrą kryjówkę.

Ala - Drzewa Na Boisku cz1

zur77

170517_0814_00ttt_x_sm170623_1234_69t_x_sm170517_0812_85_ttt_drzewa_sp_190_x_kopia_sm170623_1242_28t_smx170517_0813_96tt_sm__t_x170623_1235_76_smt_x170623_1243_31t_smx170712_1900_51_tt_x_sm170623_1245_42t_smx170623_1245_50tx_sm170623_1245_46t_smx170712_1902_61tt__smx

Dziś dzień drzewa więc będzie o specjalnych drzewach - drzewach rosnących na boisku szkolnym przy płocie które są dla dzieci niesamowitą krainą zabaw:

- Drzewa na boisku szkolnym są fajne. Latem dają cień.  Można się  świetnie przy nich bawić. Mają super korzenie, biegamy po nich, ganiamy się, wyobrażamy sobie że pod nimi jest lawa. Korzeni jest  tyle że można przejść całą długość płotu nie dotykając ziemi i robimy tak na wyścigi. Miedzy korzeniami robią się jeziorka - można w nich robić fabryki błota a zimą ślizgawki...

Dorota - Okrążona, Osaczona, Ograbiona - Spustoszona Kraina - Enklawa Doroty 5

zur77

170727_0932_17ttsm_170727_0933_29t_smt170727_0928_90_smtt170727_0932_11_ttsm

Pamiętacie Dorotę? Jako bezdomna sama zbudowała sobie dom z wyrzuconych okien i drzwi a potem okazało się iż przez dzikie tereny gdzie mieszka ma iść droga - Czerniakowska Bis.

Spotkałem ją ponownie, transportowała rowerem kosmiczną ilość ziemniaków dla swych zwierząt. Budowa jest tuż przy niej, okoliczne zarośla znikły tak iż jej Enklawa jest  widoczna. Budowa przyciąga  szakale - ludzi którzy kręcą się przy budowach aby coś ukraść. Nie ominęli  Doroty - ukradli jej pieniądze które miała  oraz znalezione rzeczy które były na sprzedaż. Zabrali też śliczny, znaleziony na śmietniku agat który tak podobał się Ali.  Najgorsze jest to że teraz gdy znaleźli Jej Enklawę na pewno wrócą i będą wracali...

-------------------------------------

Wcześniejsze wpisy o Dorocie:

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Enklawa-Doroty-1.html

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Enklawa-Doroty-2.html

 

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Enklawa-Doroty-3-Nocne.html

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Enklawa-Doroty-4.html

Wpisy o miejscu gdzie mieszka:

 

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Pajecza-Ostoja.html

 

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Domek-Muminkow.html

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Palac-Szecherezady.html

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Rosliny.html

http://nieznajomi.blox.pl/2017/04/Lokacja-Spustoszona-Kraina-Pasiasty-Ostatni.html

 

Kasia i Grześ - Stwierdzenie :)

zur77

20170925155008798DSC_2694_sm

 - Wyglądasz na kogoś kto ma zapasowe skarpetki - słyszę . Uśmiecham się - jako przedstawiciel Plemienia Dużoplecakowców nie raz byłem pytany  o różne rzeczy.

- Zgadłeś, mam - odpowiadam

- Sprzedałbyś może? - mówi Grześ i  pokazuje swoje stopy wepchnięte w przejrzyste, damskie, cieniutkie stópki. Nie pytam o nic, wiem już wszystko. Bez słowa wręczam mu skarpety

- Masz w prezencie...

Robimy sobie razem selfie, podsyłają mi je potem :)

------------------------------------------

Mieszkamy na wyspach już ponad rok ale przy każdej możliwej okazji uciekamy do domu. W Anglii nie mamy czasu na wycieczki we dwoje. Praca i nasz trzyletni brzdąc to wszystko co nas pochłania. Pojechaliśmy do Zakopanego odpocząć. Wyrwaliśmy się tylko na dwie noce i nie spodziewaliśmy się, że ten wyjazd będzie tak udany. Ja byłam w Tatrach po raz pierwszy ale na pewno nie ostatni. Oboje zakochaliśmy się w górach i już planujemy kolejny urlop TAM... tym razem z zapasem skarpet ��

- Założyłas w góry stópki i Grześ odał Ci swe skarpety tak?

- Dokladnie �� haha

- Co robicie na wyspach? Jakie były początki?

- Na poczatku Grześ wyjechał sam, mi został rok do obrony magisterki wiec Szkoda bylo zrezygnowac. Po kilkunastu miesiacach rozlaki I ja zdecydowalam sie wyjechac. Poczatki jak zawsze bywaly trudne ale z czasem coraz lepiej sobie tu radzimy. Nie jestesmy w Anglii sami �� przyjezdzaja nasze mamy, rodzenstwo, jedna z moich przyjaciolek postanowila zamieszkac tu na stale. Niby wszystko co trzeba do szczescia jest obok nas ale to jednak nie to samo co w Polsce.


Oboje pracujemy na fabrykach, nie jest to praca marzen ale pozwala odlozyc wiecej kasy.

Szymon - Skorzystać Z Pogody

zur77

170926_1009_83a

- Mam sprawę na mieście, miałem wziąć samochód ale trzeba skorzystać z pogody - jadę motorem :)

© znajomi Nieznajomi
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci